Aerobikowe nieporozumienie
Odkąd pamiętam, moja mama wytrwale i nieustannie się odchudza, już na pewno od 28 lat, ale mam mocne podejrzenie, że wcześniej też nie robiła nic innego.
Przez ten czas kupiła wszystko, wszystkiego spróbowała i bez cienia przesady mogę powiedzieć, że kupiła każdą książkę, która obiecywała odchudzanie. Dziś dom moich rodziców pełni funkcję czegoś w rodzaju muzeum odchudzania: z książek o dietach można by prowadzić całkiem przyzwoitą bibliotekę, z płyt DVD z aerobikiem i ćwiczeniami modelującymi sylwetkę można by otworzyć wypożyczalnię w bloku, a jeśli chodzi o naszą piwnicę, to cóż, można tam znaleźć dosłownie wszystko, co ten przeklęty Teleshop wprowadził do sprzedaży od początku lat 90. Stepper i urządzenie do ćwiczeń mięśni brzucha, zakurzony rowerek stacjonarny, gumowy wynalazek do ćwiczenia wewnętrznej strony ud, którego nazwy nawet nie znam, ale już na pierwszy rzut oka idealnie pasuje do kategorii bezużytecznego gówna.
Niestety, z powodu remontu mieszkania musiałem na 3 tygodnie wrócić do rodziców, do tego 6-metrowego pokoju, z którego wyprowadziłem się jeszcze w 2004 roku. Niesamowite przeżycie, nie ma co. Podczas pobytu, w wolnych chwilach, trochę się rozejrzałem, co się dzieje w domu i co się zmieniło przez ostatnie 12 lat, bo odkąd się wyprowadziłem, starałem się ograniczać wizyty u rodziców do 10 minut, czego przez ostatnią dekadę bardzo rygorystycznie przestrzegałem.
Od tamtej pory oczywiście wiele się wydarzyło. Między innymi zostałem gościem od Lifetilta, a coś, na co wcześniej nie zwracałem uwagi i co miałem gdzieś, teraz uderzyło we mnie z całą mocą. Czasem człowiek patrzy, ale nie widzi, i nie przywiązuje większej wagi do otaczających go przedmiotów, dopóki nie zacznie się bliżej interesować daną dziedziną. Przez lata słuchaliśmy z ojcem, jaką to rewolucyjną dietę mama właśnie znalazła w „Nők Lapja”, i z kamienną twarzą otwieraliśmy drzwi listonoszowi, który regularnie, co tydzień, dzwonił do nas z kolejnym cudownym urządzeniem odchudzającym.
Podczas pobytu miałam okazję trochę się rozejrzeć i z nutą nostalgii obejść mieszkanie. Stopniowo pogrążałam się we wspomnieniach i, jak to zwykle bywa, zaczęłam od oglądania rodzinnych albumów ze zdjęciami, a zaraz potem znalazłam się przed rodzinną biblioteczką. Obok wszystkich ważniejszych wydań literatury światowej stały równo, jak należy, wszystkie powieści Agathy Christie. A kiedy spojrzałam na dolne półki, ukazało mi się to piekło, gdzie bez końca ciągnęły się rzędy wspomnianych już książek z poradami na temat odchudzania i stylu życia. Wszystkie, jakie kiedykolwiek wydano w latach 80. i 90., a ich treść niemal w całości stanowiła skoncentrowana bzdura przenikająca aż do szpiku kości. Jeśli znalazło się w nich choć jedno przydatne zdanie czy nawet zrozumiały spójnik, w następnym wierszu zabijano je jakimś niewiarygodnie pretensjonalnym babskim ględzeniem. W ten sposób udało się przekazać masom ówczesnych kobiet, w tym oczywiście mojej matce, informacje, które były doskonale bezużyteczne.

Ponieważ książki zawierały kompletne, ale to kompletne bzdury, nawet jeśli ktoś stosował się do tego, co w nich napisano, nie był w stanie dzięki nim schudnąć. Opisywano w nich tak wielkie bzdury, że aż chciało mi się płakać. To tym książkom zawdzięczamy takie dziś już legendarne głupoty jak „po 18.00 się nie je” czy szaleństwo w rodzaju „można jeść wszystko, tylko mało” - pod ich wpływem wrosły one w świadomość kobiet. A te fałszywe bzdury rzeczywiście przechodziły z matki na córkę, bo tak jak dziewczynki zakładają ośmioletnie szpilki mamy, tak podczas rozmów matek z córkami przekazywana jest dalej ogromna wiedza matek, podtrzymując odwieczny mit o niejedzeniu po 18.00 - żeby wymienić tylko największą głupotę.
Kupowanie tych książek oczywiście nie było winą kobiet z tamtych czasów, a tym bardziej mojej matki. Błędem byłoby mierzenie wiedzy sprzed 25-30 lat dzisiejszą miarą i nie byłoby fair porównywać filmu Bíró Icy z 1988 roku z programem Insanity Shauna T. z 2009 roku. Nauka o żywieniu, badania nad sportem i wiedza o stylu życia stały wtedy na takim poziomie, na jakim stały; to właśnie uchodziło za szczyt wiedzy. Nie zapominajmy też, że dawniej dostęp do informacji był znacznie bardziej ograniczony niż dziś. W latach 80. były „Nők Lapja” i rubryka zdrowotna w „Élet és Irodalom”, mieliśmy do tego Bíró Icę i tyle. Dziś już po dwóch dniach korzystania z internetu można kompletnie zmiażdżyć dietetyka, który, swoją drogą, wciąż przyswaja wiedzę o zdrowym odżywianiu według wytycznych z 1972 roku.
Podobnie jak informacje zawarte w książkach z lat 80. i 90., tak i filmy Bíró Icy z dzisiejszej perspektywy wydawały się oczywiście śmieszne. Mimo to nawet te układy ruchów, które dziś mogą budzić uśmiech, były ogromną innowacją po krążeniach tułowiem i podskokach z rozkrokiem znanych z porannej gimnastyki. Nie chcę przez to umniejszać zasług Bíró Icy, bo jej działalność była wtedy prawdziwą innowacją i prawdziwym przełomem na drodze do skutecznego kształtowania sylwetki.
Wraz z nadejściem lat 90. na horyzoncie zaczęło majaczyć coś nowego. Trening siłowy na siłowni, choć na minimalną skalę, zaczął się pojawiać, ale wtedy kulturystyka była równoznaczna z Arnoldem Schwarzeneggerem i powszechnie uważano, że każdy, kto przekracza próg siłowni, przynajmniej wstrzykuje sobie sterydy. Oczywiście wcale tak nie było, ale opinii publicznej nie dało się wtedy przekonać do czegoś przeciwnego, a właściwie nie było też żadnych mediów, które mogłyby choćby spróbować to udowodnić.

Rozpowszechnienie się wielkich bzdur w rodzaju „nie piję białka, bo nie chcę być umięśniona” i „nie piję białka, bo sterydy nie są mi potrzebne” przypada właśnie na ten okres. Do dziś spotykam kobiety, które wciąż potrafią powtarzać te slogany, co jest tym bardziej zaskakujące, że minęły już 24 lata, a te głupoty nadal krążą w powszechnej świadomości. Zawsze patrzę z autentycznym podziwem na kobiety, które wciąż potrafią powtarzać te bzdury, ale od razu znajduję wtedy odpowiedź na pytania, kto może dzwonić do programów telewizyjnych EZO i dlaczego nawet dziś da się sprzedać choćby jedno opakowanie proszku Turbo Diet.
Na początku i w połowie lat 90. sport i zdrowy styl życia wciąż były na Węgrzech pojęciami nieznanymi. Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak kobiety dbały wtedy o formę. Oczywiście na sukcesie Bíró Icy próbowało skorzystać kilku samozwańczych, do dziś anonimowych instruktorek aerobiku. Układy ruchów mogły być mniej więcej tak niedorzeczne jak dzisiejsza zumba czy kangoo, ale o tym później.
To zresztą interesująca podróż w czasie, która doskonale pokazuje nie tylko pewne etapy rozwoju metod treningowych, lecz także dobitnie uświadamia, że dopiero po latach zdajemy sobie sprawę, jak bardzo to, co kiedyś uważaliśmy za dobre i skuteczne, nie było odpowiednim rozwiązaniem ani dla nas, ani dla naszego ciała.
Na pojawienie się aerobikowego szaleństwa na Węgrzech trzeba było czekać aż do 1995 roku, kiedy to Béres Alexandra zdobyła tytuł mistrzyni Europy i świata w fitnessie. Pamiętam, że szał był ogromny. Wtedy można było odbierać tylko kanały m1 i m2, a telewizja, jeśli nawet nie transmitowała samych mistrzostw świata, to od tamtej pory bez przerwy pokazywała triumf Alexandry, co trzeba przyznać, było w pełni zasłużone. Alexandra zaprezentowała niesamowitą formę, a kobiety automatycznie kojarzyły jej wygląd z aerobikiem. Alexandra to wykorzystała, przemilczając fakt, że nigdy nie osiągnęłaby takiego wyglądu, ćwicząc wyłącznie aerobik, bo potrzebne były do tego również treningi siłowe. Ale w latach 90., jak już wspomniałem, treningów siłowych nie dało się sprzedać nie tylko kobietom, ale nawet przeciętnym mężczyznom.
Alexandra świetnie zbudowała swoją pozycję i uczyniła aerobik najważniejszą formą ruchu dla kobiet, które chciały odmienić swoją sylwetkę. Aerobik zakorzenił się w powszechnej świadomości i rozpowszechniło się przekonanie, że jeśli kobieta chce mieć świetną figurę, musi ćwiczyć aerobik. I tym stwierdzeniem przechodzimy od razu do trzeciego legendarnego błędu, ściśle związanego z kpinami w rodzaju „nie jemy po szóstej” i „od białka kobiety będą umięśnione”.
Popyt na aerobik był ogromny, a Alexandra jak szalona zaczęła wypuszczać te kasety wideo z aerobikowym chłamem, ale nie tylko ona się tym zajmowała, bo do biznesu „modelowania sylwetki” dołączył też pewien Schobert Norbert.

Szał na aerobik ogarnął wszystkich, dosłownie wszystko zdominował, a inne formy ruchu nie wchodziły nawet w grę. Sukcesy Alexandry i błyskawiczny debiut Norbiego wbiły ludziom do głów związek między modelowaniem sylwetki a aerobikiem, którego niestety do dziś nie da się im wybić z głowy. Tak jak oczywiście u mojej matki, tak i w każdym domu, w którym przez dłuższy czas przebywa choć jedna kobieta, pod telewizorem leży DVD albo kaseta z aerobikiem Alexandry, Norbiego lub Rubint Réki.
Temat „dlaczego aerobik jest bezużyteczną formą ruchu” zasługiwałby na osobny wpis, zwłaszcza jego odmiana, którą można ćwiczyć w domu. Problem polega na tym, że nie ma takiej techniki argumentacji, którą mógłbym przekonać kobiety, że ten klasyczny aerobik przed telewizorem naprawdę jest gówno wart, że można dzięki niemu osiągać rezultaty tylko przez jakiś czas, a niestety ten czas szybko mija.
I dlaczego nie da się przekonać kobiet, że to nie działa? Ano dlatego, że zaczynają ćwiczyć i czują zakwasy. A kiedy czują zakwasy, od razu myślą, jakie to świetne i pożyteczne. Nie przeszkadza im już to, że po trzecim domowym wygłupianiu się nie czują już żadnych zakwasów, których obecność jest przecież niezbędna, bo jeśli ich nie ma, ciało też się nie rozwija.
Organizm przyzwyczaja się do układów aerobikowych wykonywanych w domu, tak samo jak do spacerów, więc po pewnym czasie stają się one całkowicie bezużyteczne. Nie wspominając już o tym, że bardzo duża część kobiet wcale nie zmusza swojego ciała do osiągnięcia zakresu, który wprawdzie nie jest już przyjemny, ale zdecydowanie warto do niego dojść. Co więc zostaje? Podrygiwanie w salonie i naśladowanie ruchów, które mniej więcej przypominają to, co widać w telewizji. Same te ćwiczenia są do bani, a jeśli tylko je naśladujemy, można sobie wyobrazić, jak skuteczne będą.
Weźmy na przykład te Fitbalance’y i spędy Coca-Cola Testébresztő, gdzie wszyscy, od Katustól po Czanikig, urządzają swoje aerobikowe żenady. Ale co się wtedy dzieje? Gość wychodzi na scenę, naprzeciwko niego 3000 osób i wszyscy odwalają te 30-40 minut tak, jak im się podoba. Nikt nie przestaje, nikt się nie zatrzymuje, ale warto by choć raz przyjrzeć się tłumowi, skupiając się na poszczególnych osobach, i zobaczyć, kto ćwiczy i z jaką intensywnością.
Oczywiście możesz teraz powiedzieć, że gadam głupoty, proszę bardzo. Możesz sobie gnić na plaży ze swoimi + 10-15-25 kilogramami nadwagi, mając za sobą 4 miesiące aerobiku w domu. To, czy przyznasz mi teraz rację, czy nie, obchodzi mnie mniej więcej tak samo jak to, co leci teraz w Duna Tv. Piszę to, co musisz wiedzieć, a od tej chwili możesz sam się oszukiwać, jak chcesz albo jak pozwala ci na to twój talent. Odchudzać się i kształtować sylwetkę można na wiele sposobów. Można robić to dobrze i skutecznie, osiągając znakomite rezultaty, albo źle, strojąc się w śmieszne pajacowanie i osiągając minimalne efekty. LifeTILT to tylko jedna z alternatyw. Jeśli masz dość rozumu i potrafisz zrozumieć, że piszę to dla ciebie, a nie przeciwko tobie, być może masz szansę uzyskać wygląd, o którym od dawna marzysz. Jeśli nie, przeczytaj, a potem załatw sprawę, uznając, że mój styl to jakieś obrzydliwe rzygowiny, i oburzony przejdź na inną stronę, gdzie pogłaszczą cię po duszy i z entuzjazmem będą ci klaskać, że jakże świetnie udało ci się schudnąć 3 kilogramy z 34 w 4 miesiące.
Na razie mniej więcej tyle. Będę kontynuować później, ale myślę, że tyle na razie wystarczy. W następnym wpisie poruszę temat spinningu jako największego błędu popełnianego przez grube kobiety i nieco dokładniej wyjaśnię fakt, że forma aktywności, która staje się popularna wśród kobiet i którą zaczynają uprawiać ich rzesze, z pewnością nie jest warta pod względem kształtowania sylwetki nawet tyle, co otwarcie po kolei 10 paczek chipsów.
