PODATEK OD HAMBURGERÓW

HAMBURGERADÓ

Cieszy mnie, że Stowarzyszenie na rzecz Węgierskich Szpitali, a także Ministerstwo Gospodarki i podsekretarz stanu ds. zdrowia śledzą wydarzenia na blogu LifeT!lt, pod wpływem czego złożono jeden z najfajniejszych projektów ustaw ostatniego roku.

 

 

 

„Podatek hamburgerowy”, powiedzieliby w Bukareszcie (który jeszcze będzie węgierską wsią), bo w Rumunii taki podatek funkcjonuje od 2009 roku. Ustawie w naszym rumuńskim sąsiedztwie, dzięki, wszystko gra, a my też powinniśmy za to podziękować, bo najwyższy czas, by instytucjonalnie wystąpić przeciwko zupełnie zbędnym i całkowicie niezdrowym śmieciowym żarciom, które istnieją tylko z jednego powodu: podobno są smaczne.

Dodatkowy podatek od papierosów, chipsów, jedzenia z fast foodów, kolorowych napojów i słodyczy. Czyli od wszystkiego, co śmiało możemy nazwać terrorystycznym atakiem na nasz organizm. Nie rozumiem, w czym problem, ale o tym, że to znakomity pomysł, możemy się przekonać po tym, że wszyscy zainteresowani protestują przeciwko niemu, z wyjątkiem lekarzy, dyrektorów szpitali oraz organizacji pozarządowych i działaczy społecznych, którzy lajkują zdrowy styl życia. Gdyby MSZP też zaczęła protestować, moglibyśmy już mieć pewność, że nie chodzi tylko o dobrą propozycję, lecz także o dobrze funkcjonujący, rentowny system. Bo dopóki tacy Csabowie Csontosowie mogą wygłaszać opinie w rodzaju: „Na Węgrzech nie ma niezdrowego jedzenia, jest tylko niezdrowe odżywianie”, dopóty mamy tu poważne problemy z podejściem do tematu. A tak w ogóle ten mądry chłopak jest dyrektorem zarządzającym Nestlé Hungaria.

Zobaczmy, komu zależy, a komu nie zależy na przyjęciu tej ustawy.

Jak już wspomniałem, po jednej stronie stoi środowisko medyczne, ale kto może stać po drugiej? Naprawdę nikt nie zastanowił się poważnie, komu może zależeć na tym, by na półki trafiało jak najbardziej niezdrowe jedzenie, najlepiej napakowane jak największą ilością konserwantów i sztucznych substancji? Zbyt oczywiste byłoby odpowiedzieć, że producentom i dystrybutorom. Ale to nie jest prawdziwy wielki biznes. Nie będę już owijać w bawełnę: odpowiedzią jest jedna z największych mafii, zwana lobby farmaceutycznym. To im zależy na tym, by napychać ludzi wszelkiego rodzaju świństwem, wywoływać cukrzycę, nadciśnienie, nowotwory, katastrofy sercowo-naczyniowe, bo inaczej mogłoby się nie udać osiągnąć gigantycznych zysków i nie mogliby sprzedać każdego opakowania leków na nadciśnienie czy tabletek po udarze. Każda firma sama dba o swoją bazę klientów, a producenci leków nie są tu wyjątkiem. Hodują sobie pacjentów, zapewniając sobie przetrwanie. Bo ktoś na pewno wpadnie do dołu, jeśli go do niego wepchną.

A więc tworzenie teorii spiskowych. Aha. Zadadzą proste pytanie. Dlaczego nie można sprzedawać, jeśli nie wyłącznie, to przynajmniej w większości zdrowej żywności i napojów? Ludzie kupują to, co im się podsuwa. Gdyby nie dało się dostać niczego innego, jedliby i pili to, co można kupić, co trafia do sklepów. Na tym też dałoby się zarobić dodatkowe pieniądze, a nawet więcej, bo przecież wszędzie się słyszy, o ile droższe są zdrowe jedzenie i styl życia, i że zdrowe, bogate w witaminy odżywianie to luksus dla wyższej klasy średniej. No i co? Nikomu na tym nie zależy, poza nami. Nie ma chorych, nie ma zysków. Wtedy zwykle pojawia się banalny argument, że państwo musi leczyć chorych, więc dodatkowe wpływy przepadają. Akurat państwo węgierskie wydaje rocznie 3500 miliardów na utrzymanie systemu opieki zdrowotnej. Czyli to jednak nie taki świetny interes? Owszem, tyle że trend wcale nie wskazuje na to, że każdy obywatel będzie objęty ubezpieczeniem, a publiczna opieka zdrowotna będzie przysługiwać z mocy prawa. Nie trzeba więc będzie przeznaczać na opiekę zdrowotną horrendalnych pieniędzy z podatków od papierosów, bo z czasem nie będzie jej już finansować państwo, lecz prywatni ubezpieczyciele i spersonalizowane systemy ubezpieczeń. (Czy ktoś jeszcze pamięta referendum z 2008 roku? Stawką było coś podobnego, i zdecydowanie nie chodziło o 300 forintów). Mam na myśli światowy trend: USA, Australię, Japonię, Holandię, Kanadę, Finlandię, żeby wymienić tylko kilka przykładów. Podam też konkretny przykład. W 2008 roku Dania chciała wprowadzić niemal dokładnie taki sam podatek specjalny, ale wtedy pojawiła się duńska farmaceutyczna potęga o nazwie Novo Nordisk, która wyrwała cały pomysł z korzeniami i udaremniła jego realizację. Przewrotny los sprawił, że Novo Nordisk ma interesy także na Węgrzech. Z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój wydarzeń w tej sprawie.

Oczywiście już zaczęto bić na alarm, ale zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy tym niejakim Csabie Csontosie. Otóż, jak on to mówi.

„Uważamy, że nałożenie podatku to zły kierunek. Swobodny przepływ towarów jest ważny w Unii Europejskiej. Byłoby to napiętnowanie niektórych produktów i mogłoby doprowadzić do zmiany nawyków konsumenckich”.

„Mogłoby to doprowadzić do zmiany nawyków konsumenckich”. Tak, jeszcze by w końcu rzucili palenie i przestali jeść fast foody, które bez trudu rujnują organizm. To byłoby naprawdę straszne. I oczywiście, jak zwykle, z arsenału wyciągnięto groźby likwidacji miejsc pracy oraz wyprowadzki wszechpotężnych międzynarodowych korporacji.

W rezultacie niektóre produkty po prostu podrożeją, a ucierpieć może tylko konsument. Ponieważ podatek zwiększyłby koszty działalności firm, nie dałoby się tego długo wytrzymać, więc ceny by wzrosły albo trzeba byłoby zwolnić pracowników.

Ta wypowiedź padła 11 lutego 2011 roku. Cofnijmy się teraz w czasie aż do 7 stycznia 2010 roku, kiedy to niejaki Dragos Frumosu pod koniec 2009 roku próbował wzbudzić podobną panikę, równocześnie z wprowadzeniem podatku od hamburgerów. Panikę, której pierwsze oznaki zaczynają być odczuwalne także u nas. Pan Frumosu jest zresztą przewodniczącym Krajowej Federacji Związków Zawodowych Przemysłu Spożywczego w Rumunii. 


Nie wiem, czy ktoś zauważył pewne podobieństwo między wypowiedziami Csaby Csontosa i Dragosa Frumosu. Problem w tym, że Dragos wypowiedział się na ten temat w styczniu 2010 roku, ponad rok temu. Od tego czasu ustawa rozpoczyna już drugi rok obowiązywania w Rumunii. Ustawa się sprawdziła, działa, międzynarodowe korporacje zostały, a o zwolnieniach, tym bardziej masowych, nie było żadnych doniesień.

Każdy ma prawo być głupcem. To darwinowska selekcja naturalna, bo jeśli ktoś będzie chciał palić za 2500 forintów, niech pali. Jeśli będzie chciał wydać 1200 forintów na paczkę chipsów, proszę bardzo, można iść i kupić. Wszystko ma swoją cenę, także głupota, a komu zależy na korzystaniu z konstytucyjnego prawa — w tym przypadku do bycia głupcem — nie wolno odbierać tej możliwości. Między innymi na tym polega jedno z ważnych osiągnięć demokracji. Bo jeszcze na koniec okaże się, że József Debreczeni miał rację, a wtedy naprawdę nikt nas już nie uchroni przed całkowitym zdurnieniem. [youtube-embed id="qqebzAWv0hI"]

Wstecz: Blog