Masz jeszcze 20 dni...

Még van 20 napod...

 

Mam złą wiadomość. Kto do końca maja nie zacznie ćwiczyć, może sobie spokojnie odpuścić całe to odchudzanie aż do połowy września. Zakradł się bowiem  taki czynnik zewnętrzny, który wszystko utrudnia, a nazywa się lato. Lato nie jest najlepszym okresem na umartwianie się, ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że właśnie wtedy każdy staje twarzą w twarz z własnym słabym charakterem i uświadamia sobie, jakim wrakiem jest jego ciało, w którym musi przetrwać sezon plażowy i przez 3 miesiące zmagać się z krajem bikini. Z całego serca życzę wszystkim lata pełnego kompleksów, mając nadzieję, że po dwudziestym dziewiątym pogardliwym spojrzeniu wreszcie się opamiętasz i obyś po obiedzie nie wciągnął tej pieprzonej naleśnikowej cholery na deser. Tak, wiem, że jadłeś ją z bitą śmietaną light i popijałeś colą light.

 

Tuż-tuż za drzwiami rozpanoszyło się lato, ze średnią temperaturą stabilnie powyżej 20 stopni i jak najmniejszą ilością ubrań, a gdybyśmy chcieli zdefiniować pojęcie iluzji za pomocą pory roku, bez wątpienia byłoby nią  lato. Podczas letnich nocy, po siódmym Mai Thaiu (oczywiście powyżej pewnego poziomu), naprawdę nikogo już nie obchodzi, kim jesteś, co robisz ani co o czym myślisz, tylko jak wyglądasz. Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz byłem na Soundzie. Słyszałem legendarne historie o festiwalu udawania i powierzchowności, ale zobaczyć to wszystko na żywo to zupełnie co innego. To miejsce, gdzie przez 96 godzin trwa pozowanie.  Od chwili, gdy przekroczysz  granice administracyjne Zamárdi, aż do momentu,  gdy złożą ostatnie namioty. Nie wiem, kto był już na balatońskiej imprezie Gerendaiego, ale to miejsce, gdzie  z 60 000 osób nikt nie schodzi pod wodę, bo 1. ma okulary przeciwsłoneczne nawet w wodzie, 2. zmoczą mu się włosy, a obok koca Burberry nie zmieściły się już żel i lokówka. Gdzieś w tym wszystkim jest coś wielkiego, bo to przecież nie prywatna impreza rodziny Onassisów, a jednak wszyscy zachowują się, jakby mieli za sobą dotcomowy biznes wart milion dolarów. Oczywiście potem wszyscy wracają do wynajmowanego mieszkania, w najlepszym razie dwupokojowego i z wszystkimi wygodami. W zeszłym roku trójka zeszła pod wodę, ale od razu zostali wyśmiani jak cholera. To już walka na śmierć i życie w tym Zamárdi. Uwielbiam to.

Festiwale, grillowanie, basenowe imprezy i plażowanie, Siófok, wakacje,  ostre chlanie, szalone wypady z kumplami — wszystko to nie ma nic wspólnego z trzymaniem jakiejkolwiek diety czy realizowaniem programu treningowego. Lato po prostu nie sprzyja żadnemu modelowaniu sylwetki ani stylowi życia wymagającemu wyrzeczeń. Omówmy po kolei, o czym mówię. Nawet w zwykłe dni powszednie w Budapeszcie panują fatalne warunki, jeśli chcemy trzymać dietę. Już i tak trzeba się naszukać tak zwanych zdrowych potraw, a co dopiero, gdy spędza się 10 dni w kurorcie.

Festiwale

Sziget, Volt, Sound, Hegyalja, BalaTone, Ozora, Efott… Na takich festiwalach jest wszystko, tylko nie zdrowe jedzenie. No, może poza nasionami Hare Kryszna, albo sam nie wiem, co jedzą ci sekciarze. Ale nie ma w tym nic złego, bo byłoby naprawdę kiepsko, gdyby te imprezy nie kręciły się wokół picia, nieodpowiedzialnego seksu i hot dogów jedzonych po piątych porannych wymiotach. W zeszłym roku też zaliczyłem podobny program jeszcze przed sezonem letnich festiwali, a potem na Soundzie miałem gdzieś, ile kalorii ma to czy tamto. Nie wspominając już o tym, że zaczęliśmy pić w czwartek po południu i skończyliśmy w poniedziałek nad ranem. Do dziś nie pamiętam niedzielnego finału mistrzostw świata, a przecież trudno o coś bardziej kalorycznego niż alkohol. Ale uspokajam wszystkich: tego lata też nic się nie zmieni.

Grillowanie

Nienawidzę tego jak cholera. Jedźmy dalej.

Basenowe imprezy i plażowanie.

W zeszłym roku spędziłem dzień na Palatinusie w samym środku diety. Zabrałem wtedy moją dziewczynę na plażę, jeszcze zanim w weekend zaczęły się dzikie tłumy. Nie wiem, kto próbował jeść dietetycznie na budapeszteńskiej plaży, ale jeśli ktoś chce spróbować w tym roku, to powiem tylko, że cholernie mu się nie uda, bo zaryzykowałbym stwierdzenie, że najbardziej dietetycznym jedzeniem, jakie można dostać na plaży, jest langosz. Podchodzę do baru, do którego nietrudno trafić, wystarczy iść za zapachem tłuszczu, i pytam, czy można dostać jakieś dietetyczne jedzenie, bo jeśli tak, to poproszę. Dziewczyna patrzy na mnie jak na głupka, po czym była w stanie powiedzieć to, co zaraz usłyszycie. „Jest ser panierowany, kanapka z szynką i sałatka ziemniaczana”. Zanim poprosiłem, żeby przysłała kogoś mądrzejszego, spróbowałem zadawać pytania, na które można odpowiedzieć tylko „tak” albo „nie”, bo czułem, że każde kolejne zdanie sprawiałoby jej ból. „Jest ryż?” - pytam. „Jest”. „Świetnie, poproszę porcję ryżu i wodę niegazowaną”. „Dobrze, a co do tego ryżu, bo nie mogę wydać samego ryżu”. Ale już wtedy sam poczułem się głupio, że zawracam jej głowę, popisuję się i w ogóle powinienem się odczepić. Ostatecznie skończyło się na wodzie niegazowanej i całkowicie spadku poziomu cukru we krwi o szóstej po południu. Nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, żeby trzymali tam batony proteinowe i koktajle białkowe, ale nie sądzę, żeby wielkim wysiłkiem było oferowanie dwóch rodzajów sałatek bez sosu oraz grillowanej piersi z kurczaka. Żałośnie próbujemy naśladować Zachód na każdym kroku, ale jakoś nie potrafimy przyswoić kultury zdrowego odżywiania. Wciąż trzyma się nas ta głęboko socjalistyczna  mentalność, że kiedy wychodzimy z domu na dłużej niż dwie godziny, od razu trzeba przygotować kanapki. We Włoszech na plaży można było od razu poznać Węgra, bo niemal na pewno już jadł, szykował się do jedzenia albo właśnie niosło się z wiatrem ludowe zawołanie: „Zsoltika, chodź, coś zjedz”.

Co jeszcze mam powiedzieć o imprezach przy basenie poza tym, że są alkohol i mokre kobiety? Aha, na takie imprezy trzeba też przyjść z odpowiednią prezencją. No tak, do końca maja trzeba by już zacząć trenować, prawda? Vczy może właśnie to wpisujesz żałośnie w wyszukiwarkę ? 

Siófok…

…i w innych miejscowościach wypoczynkowych. Z Siófok wiążą mnie fantastyczne wspomnienia. Właśnie jechaliśmy z kumplem Ádim na coroczną imprezę Efott, wtedy chyba nie było jeszcze nawet Soundu. No i najważniejsze, wsiedliśmy we dwóch do pociągu. W okolicach Fehérváru wpadliśmy na pomysł: a może wysiądziemy w Siófok, spędzimy tam pół dnia, a późnym popołudniem pojedziemy dalej? Jak Siófok, to Beach House. (Jeszcze istnieje?) Trzeba wiedzieć, że większego sknery niż Ádi nie ma na świecie (nie chodzi o Żyda), więc nie ma takiej siły, żeby zapłacił gdziekolwiek za wstęp więcej niż 500 forintów. Od lat jeździ na festiwale tak, że przy wejściu zmywa benzyną apteczną opaski z rąk kompletnie pijanych typów, zakłada je sobie, czeka, aż benzyna wyschnie, i tak wchodzi. Może nie wyraziłem się jasno. Ten gość jeździ na festiwale z benzyną apteczną w kieszeni!!! Dobra, zawsze mnie to rozwala. No więc stoimy przed Beach House, wstęp kosztuje 1500 HUF, już wtedy wiedziałem, że nic z tego. I tak też było, nie wchodzimy. Dobra, poszukajmy kawałka plaży, ale w centrum Siófok wzdłuż brzegu są same hotele albo płatne kąpieliska, w końcu jednak znaleźliśmy wolne miejsce obok rzędu hoteli w Siófok. Ádi rzuca, żebyśmy weszli do Beach House od strony wody,  bo tutaj, w trzcinach, obok bocianów, jest do dupy. Mówię: kurwa, nie przeszkadzają ci te dwa wielkie plecaki i nasz namiot? Nie szkodzi, mówi Ádi, zostawmy je tutaj, poprośmy kogoś, żeby ich pilnował, wejdziemy na 2-3 godziny, a potem ruszymy  dalej. Była tam jakaś sympatyczna rodzinka, u nich zostawiliśmy nasze rzeczy. Wchodzimy, wszystko zajebiste, Ádi cały czas chciał smarować olejkiem do opalania plecy każdej dziewczynie, czyli zwykłe letnie podrywanie, a potem zrobiło się już późno, trzeba było jechać dalej  na Efott. Z tych 2-3 godzin zrobiło się lekką ręką sześć. Wracamy do trzcin, rodzinki nie ma, a razem z nią zniknęły wszystkie nasze rzeczy. Podsumowując: stoimy w Siófok w samych kąpielówkach, bez pieniędzy, rzeczy i właściwie wszystkiego. Telefon, ubrania, namiot, kurwa, zabrali wszystko. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że naprawdę nieźle wpakowaliśmy się w gówno. Ale jak mogliśmy być takimi bażantami i po co to wszystko? Bo Ádi żałował 1500 forintów na bilet. Mógłbym jeszcze długo opowiadać tę historię, ale w skrócie: na policję musieliśmy iść boso po rozgrzanym asfalcie. Na komisariacie nie patrzyli na nas jak na idiotów, kiedy składaliśmy zawiadomienie, będąc w samych gaciach. Dostaliśmy przynajmniej dwie koszulki policyjne i zadzwoniliśmy do Pityu, żeby po nas przyjechał. Boże, ale to było coś.

No i najważniejsze: w Siófok kurwa nie da się jeść dietetycznie.

 

Wakacje

Jak mogliście już przeczytać w relacji Daniego, trudno trzymać się programu, kiedy wyjeżdżasz z domu, nawet w podróży służbowej. W 96 byliśmy w Grecji. Z całej podróży pamiętam tylko, że staliśmy 9 godzin na granicy macedońskiej, zabraliśmy tyle konserw, co śmieci, a Niemcy zostali mistrzami Europy. Próbowanie lokalnych potraw, kolacje w restauracjach, a zwłaszcza jeśli nie macie pełnego wyżywienia, sprawiają, że kombinowanie z jakąkolwiek dietą jest zupełnie bez szans. Na przykład na greckiej plaży przez cały dzień krąży jakiś facet, sprzedając pączki w cukrze, bo to tam chyba jakiś narodowy przysmak czy coś w tym rodzaju, żeby podać tylko jeden przykład. Moim zdaniem na wakacjach nie da się trzymać diety niskokalorycznej, a o treningach nawet nie wspominam, bo kto normalny przebiegnie na wakacjach 6-8 km 3 razy w tygodniu? Oczywiście wszystko zależy od postanowienia, ale okoliczności są o wiele, wiele trudniejsze niż przez pozostałe 9 miesięcy roku.

Lato zupełnie nie nadaje się na rozpoczęcie diety i to nie tylko dlatego, że ciągle bywamy w miejscach, gdzie trzeba porządnie się napić, ale też dlatego, że niemal na pewno nie da się dostać jedzenia, które powinniśmy jeść. Same treningi są zresztą cholernie wyczerpujące przy 30 stopniach, a chyba nie muszę nawet mówić, jak upał wpływa na siłę woli i aktywność. Kto mi nie wierzy, niech zobaczy, jak wygląda życie w krajach położonych w pobliżu równika albo w Afryce. Im cieplejszy klimat, tym większe problemy gospodarcze. Świetnym przykładem są północne i południowe Włochy albo różnice między północnymi i południowymi stanami USA. Jeśli nie zabierzesz się za to z rozpędu przed latem, czyli nie zaczniesz przygotowań w maju, latem nie masz szans, żeby zacząć.

Do połowy maja każdy ma jeszcze jakieś 3 tygodnie, żeby rozpocząć własny program zmiany stylu życia, bo jeśli tego nie zrobi, może się z nim pożegnać na co najmniej 3 miesiące. A do tego czasu zostanie mu fałdowany brzuch, cellulit na udach i obwisłe pośladki.  Jeśli lato zastanie cię bez formy, będzie idealną pożywką dla nasilających się kompleksów i pogłębiającego się kryzysu poczucia własnej wartości, co oczywiście znowu skończy się kilkoma wielkimi obżarstami. Masz 20 dni, żeby zdecydować, o czym będzie dla ciebie to lato. Siedzisz w domu i ciągle odwołujesz plany, tłumacząc, że „ojej, nie mogę się rozebrać”, jeśli w ogóle prowadzisz jeszcze życie towarzyskie, czy po przeczytaniu tego wpisu wstajesz, wyłączasz monitor, przebierasz się, nie szukasz wymówek, nie jutro, nie kiedy indziej, tylko teraz, i idziesz pobiegać. Ale spokojnie, nawet jeśli i to lato ci przepadnie, nic się nie stanie, bo przyjdzie następne i kolejne, aż któregoś dnia zorientujesz się, że minęło całe życie. Niestety twoje życie będzie krótsze i gorsze, ale przynajmniej pozbawione treści, bo życie towarzyskie często wymaga czegoś więcej niż zalogowania się na Facebooku…

Od teraz masz 20 dni, żeby zdecydować, czego chcesz od tego lata…

Jeszcze 19 dni 23 godziny 59 minut 59 sek…

 

 

Wstecz: Blog