Pożegnanie Petry

Petra A búcsú

 

Przeczytałam Twój artykuł „Jesteś sama...”, kiedy przyjaciółka zadzwoniła do mnie i zapytała: „Petráczka, wszystko w porządku? Martwimy się o ciebie”.

Chyba ostatnio tak popłakałam się, kiedy po raz pierwszy przeczytałam wstęp „lifetilt” i zetknęłam się z surową prawdą. W weekend dużo myślałam i zdałam sobie sprawę, że naprawdę osiągnęłam to, czego chciałam, powinnam być zadowolona i jestem. To dlaczego chciałam przedłużyć program? Bo mogłam się Ciebie trzymać, to była między nami „więź”… coś wzajemnego, Ty dawałaś coś od siebie, ja dawałam coś od siebie. Zgodnie z zasadami gry, zawsze ufając. Czułam, że mnie obserwujesz i o mnie dbasz  i to najlepsze uczucie na świecie, kiedy wiem, że jestem bezpieczna. Rzeczywiście, można przez cały czas  robić to samemu. Wiem, że teraz dam już radę sama i mogę kontynuować, bo ten styl życia stał się częścią mojego życia. Ale wiem też na pewno, że sama nie dałabym rady zacząć.  Miliony pytań, które pojawiały się po drodze, kiedy zaczęłam naprawdę żyć i poruszać się w zgodzie ze swoim ciałem.

To ty pomogłaś mi odkryć, gdzie naprawdę są moje granice, a gdzie tylko te, które sobie wyobrażam. Myślę, że każdemu na początku potrzebny jest ktoś obok. Często błędnie siebie oceniamy, a ktoś z zewnątrz widzi nas lepiej. Może nigdy nie odważyłabym się przebiec 11 km. To było wspaniałe uczucie. To było jedno z najważniejszych doświadczeń podczas mojego programu. Lubiłam wyruszać z Tobą, gdy już do siebie nie mówiłyśmy, kiedy rozchodziłyśmy się na placu Bohaterów, obie zagubione we własnych myślach i mentalnie przygotowujące się na dystans przed nami. Wiem, że nie przebiegłam maratonu,  ale wtedy tak mi się wydawało. Na jakieś 5 minut przed startem musiałam zdecydować, czy dam radę zapanować nad własnym umysłem i „ze śmiechem” dobiec do końca. Wiesz, kiedy podjęłam decyzję? Kiedy jeszcze w domu nalegałaś, żebym zabrała ze sobą bilet, żeby móc wrócić. No cóż… nie zabrałam biletu, w ciągu 5 minut zdecydowałam, że nie będzie mi potrzebny, cokolwiek się wydarzy. A wtedy nie miałam pojęcia, jak długi jest ten dystans ani jaki jest teren. Wiedziałam, że dam radę...

Dobrze, że tam byłeś, że zwracałeś na mnie uwagę, że nie musieliśmy rozmawiać, wystarczyło tylko spojrzeć sobie w oczy. To było dla mnie ogromne przeżycie. Albo kiedy w okolicach 14. dnia czułam się tak źle, że myślałam, że umrę. Pamiętasz? Kiedy zadzwoniłam do Ciebie zapytać, czy mogę położyć się u Ciebie po południu, zanim wrócę do domu, bo nie byłam w stanie ruszyć, byłam taka słaba. Ty pracowałeś, a ja tylko spałam, potem się obudziłam i ruszyłam do domu. Potrzebowałam mieć pewność, że jestem bezpieczna. Nawet jeśli nie zawracałam Ci ciągle głowy, sama świadomość, że w każdej chwili mogę na Ciebie liczyć, gdyby „coś się stało”, bardzo mnie uspokajała. A w połowie programu, egoistycznie, byłam nawet zadowolona, że w niego weszliśmy, bo z czasem stałeś się dla mnie bardzo ważny i wiedziałam, że dopóki się nie skończy, musisz tu być. Mocne, co?

I nie dopatruj się w tym teraz niczego więcej, niż jest w rzeczywistości. Dokładnie wiesz, co mam na myśli, mówiłam Ci o tym w sobotę i wcześniej. Jesteś dla mnie ważny, bo jesteśmy bardzo do siebie podobni, tylko że mnie, jako kobiecie, przypadła w udziale wrodzona i genetycznie zakodowana głupota życiowa oraz uczucie „jestem sama i samotna”, które napada na mnie okresowo, niczym panika, co jest typowe dla kobiet. (Napisałam to, bo gdybym tego nie zrobiła, wyłapałbyś sedno i odpowiedział jednym zdaniem). Ty zaś, jako mężczyzna, nie mając nawet odrobiny empatii, potrafisz wyrażać swoje zdanie brutalniej i bardziej bezpośrednio niż ktokolwiek, w najgorszym możliwym momencie i miejscu (patrz: „co jest, grubasku?”). …I już słyszę, jak na to odpowiadasz: „TUTAJ ktoś nie potrafi tego zostawić za sobą, tak mi się wydaje”. Sprawdziłam swój ascendent: Panna-Waga. To wszystko wyjaśnia.

Najważniejsze jest to, że kiedy dobre rzeczy się kończą, naprawdę trudno to przeżyć. Co roku, od 10. do 13. roku życia, ryczałam w ostatnich dniach obozu harcerskiego, kiedy trzeba było wracać do domu, mimo że wiedziałam, że następnego lata znów tam będę. Dlaczego? Bo chociaż miejsce się nie zmienia, to i tak nigdy nie będzie już takie samo. Będę o rok starsza, pojawią się nowe twarze, a ja przeżyję nowe chwile i doświadczę nowych wrażeń. Mimo to za każdym razem było super, ale inaczej. I za każdym razem przepłakiwałam rozstanie.

Są w życiu chwile, o których chciałoby się, żeby nigdy się nie kończyły… No cóż, te 70 dni właśnie takie były. Razem z cierpieniem, fochami, zmaganiami i kłótniami, walką o zdjęcia, raportami, przez które przebrnąć było męką, i sukcesami… z tymi setkami SMS-ów o tym, co kupić zamiast migdałów, jakie orzechy laskowe i co zrobić, jeśli schudłam tylko 40 dkg, a ile jeszcze, to tylko Bóg wie. Z moim „zawracaniem głowy” bez wyrzutów sumienia, bo wiedziałam, że odpowiedź i tak przyjdzie w ciągu 2 minut i byłam uratowana. Prawdopodobnie dlatego tak źle zniosłam to, że w ostatnim czasie przestałaś się mną zajmować. Gdybym się nad tym zastanowiła, powinnam była się tylko cieszyć, bo to znak, że mi ufasz i wiesz, że sama potrafię iść właściwą drogą. (+ znak, że wzięłaś na siebie za dużo). Wiesz, że zawsze dawałam z siebie wszystko, osiągając najlepsze wyniki, na jakie pozwalały mi okoliczności. Tęskniłam za tobą i za naszą dawną współpracą, ciężko mi było z tym w ostatnim czasie, dlatego często zachowywałam się jak prawdziwa głupia suka.

Do soboty nie chciałam przyjąć do wiadomości, że program się kończy i że pewien etap mojego życia dobiega końca. Oczywiście nie całkiem, bo nie chcę zmieniać nowego stylu życia, ale nie będzie cię już przy mnie, żebym mogła ponarzekać i o coś zapytać. Bo twoja misja dobiegła końca i jak powiedziałaś w sobotę, najmniej na świecie obchodzą cię takie moje emocjonalne wybuchy. Masz rację, nic ci do tego, a po 10. tym bardziej. Nie gniewaj się za piątek, po prostu czuję, że to już koniec i gdybym mogła teraz przeciągnąć to w czasie, powiedziałabym: okej, napiszę jeszcze 30 raportów o niczym, bez początku ani końca, byleby to się nie skończyło. Kto mnie teraz ochrzani albo pochwali? Nie wiem, kiedy stałam się taka emocjonalna, ale te kilka miesięcy wydobyło ze mnie mnóstwo rzeczy, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Teraz przeżywam wszystko o wiele bardziej intensywnie i działam świadomiej niż wcześniej. W wielu sprawach szybko podejmuję decyzje. No, z wyjątkiem kupowania ubrań, bo nie potrafię nie sięgnąć po ubrania pasujące do mojej dawnej sylwetki. 

 …i oczywiście wiem, że nie trzeba opłakiwać tego, co się kończy, bo nie umieramy, tylko się zmieniamy, ale mimo wszystko będzie mi brakowało tej relacji między nami. Pewnie cię to znudzi, ale przeczytaj to, proszę:

 Parę lat temu miałam piękne, czerwone buty ZARA na strasznie wysokich obcasach  . Nie były pierwsze, wcześniej skręciłam kostkę albo obtarłam pięty w milionie kiepskich butów. W tych wspomnianych butach nauczyłam się chodzić jak najbardziej naturalnie w nienaturalnie wysokich dla mnie butach. Za pierwszym razem też nie było łatwo, chyba ze 3 razy obtarły mi pięty, zanim się do siebie przyzwyczaiłyśmy, ale nigdy  nie skręciłam w nich kostki ani nie rozbolały mnie stopy, trzymały się tak, jak należy.  Od tamtej pory to mój punkt odniesienia. Pamiętam to uczucie, kiedy pierwszy raz przymierzyłam je w sklepie. No i od tamtej pory kupuję buty tylko wtedy, gdy czuję to samo, co wtedy, gdy miałam je pierwszy raz na nogach. To, co na początku było męczarnią, dzięki butom ZARA stało się rutyną.

Chcę tylko powiedzieć, że czasem dobrze mieć obok kogoś, kto wskaże nam właściwą drogę albo pokaże, jak dobrze robić to, co robiliśmy do tej pory. Są szczęściarze, którzy od razu, bez niczyjej pomocy, znajdują to, co jest dla nich najlepsze. I są tacy jak ja, którym milion razy coś do cholery obetrze stopy, zanim zrozumieją, co im służy. I zanim pomyślisz, że ten list jest podziękowaniem, mylisz się, chcę tylko powiedzieć, że strasznie będzie mi ciebie brakować! Wiem, że teraz poradzę sobie sama, bo nauczyłam się, co znaczy być zdyscyplinowaną i wytrwałą, a po 600.000 SMS-ów już wiem, po co sięgnąć w sklepie. Mogłabym jeszcze wyjaśniać, ale i tak nie zrozumiesz, o czym bredzę. Może jednak czasem razem poćwiczymy. Kiedyś pobiegniemy tę twoją planowaną Cytadelę?

PS: I masz rację, po co czuję się samotna, skoro wszystko, co dobre w moim życiu, osiągnęłam sama. Może więc to złe określenie. Nie jestem samotna, po prostu dobrze jest wiedzieć, że jestem bezpieczna na wypadek niebezpieczeństwa.   

Będzie dobrze, po prostu to wiem… uronię jeszcze ostatnią łzę, przez 2 minuty będę się nad sobą użalać, a potem ruszę naprzód, bo nie mam powodu do smutku. Korzystając z prawa do ostatniego słowa, do piątku możesz mnie jeszcze nazywać grubaską, wielkodupeczną albo jak chcesz, potem już nie będę tego tolerować nawet z twojej strony,  bo nie wiąże nas kontrakt i bo nie jestem ani gruba, ani wielkodupeczna (już nieeeee). A w zamian od piątku już nigdy więcej nie będę się na ciebie obrażać ani marudzić i wysyłać ci niepotrzebnych SMS-ów. Zwolni się miejsce w twoim życiu, które, jeśli mnie posłuchasz, zachowasz dla siebie, bo kompletnie się przepracujesz… Słuchaj MNIE!!!

Wybacz, że tak długo wyszło. Naprawdę już z tym kończę, żadnych więcej czułości ani wybuchów, obiecuję.

Pusz,

Petra

Wstecz: Blog