Dawniej było inaczej....

….kiedyś było lepiej. Wyraźnie więcej osób czyta bloga, znacznie więcej, a to ma swoje konsekwencje. Z nostalgią wspominam na przykład te zimowe, styczniowe wieczory, kiedy pisałem swoje wpisy, na zewnątrz było -10 stopni, a Lifetilt czytało dziennie najwyżej 30-50 osób. Było dobrze, naprawdę dobrze. Wszystko było swobodniejsze i o wiele, wiele bardziej niezależne. Wtedy mogłem jeszcze spokojnie napisać, że na całym świecie nie ma większej piaskownicy niż RTL klub, nawet jak na standardy mediów, a teraz doszliśmy do tego, że jeśli w jednym zdaniu pojawią się słowo „pedał” i nazwisko Steiner Kristóf, zaraz przychodzi mail od Amnesty International.
Blog zaczyna przerastać samego siebie, a kiedy coś osiąga pewien poziom, nie da się już być tym, czym było wcześniej. Czyta go już zbyt wiele osób, żeby nie naruszać czyichś interesów, a bohaterowie docierają już zbyt daleko. Ten blog urósł między innymi dlatego, że jest taki, jakim zawsze chciałem go widzieć. Bezkompromisowy, niezależny blog obywatelski, na którym opisuję swoje przemyślenia, opinie o świecie, uczuciach, polityce i ludziach. Blog obywatela pisany przez obywatela w Budapeszcie w 2011 roku. Bo to ja siedzę obok was w tramwaju, stoję przed wami w kolejce na poczcie, klnę na czym świat stoi w innym samochodzie w korku, jestem tym chujem z sąsiedztwa, którego mijacie przy Oktogonie. Tylko chłopak, który postanowił zmienić życie kilku osób dzięki treningom i który ma już po dziurki w nosie tego syfu w życiu publicznym, w którym od lat brodzimy po kolana, i któremu coraz bardziej dają się we znaki warunki panujące w tym kraju.
Każdy toczy swoją walkę na co dzień, a każdy, kto ma choć odrobinę więcej rozumu niż żaba, doskonale widzi, co dzieje się w tym kraju i jakie procesy rozgrywają się na naszych oczach każdego dnia. Każdy ma już tego wszystkiego serdecznie dość, ale ja na pewno. Pieprzeni szefowie, niekompetentni koledzy o dupie zamiast twarzy, zalew nieakceptowalnego gówna płynącego z telewizji i deformującego całe pokolenia, bezradne, złodziejskie i tchórzliwe rządy zmieniające się już od prawie 21 lat, nieznośne warunki życia, niegodny potępienia styl życia Romów i tak dalej. Każdego co innego doprowadza do szału po obu stronach Dunaju.

Czasem pytają mnie, jak według mnie wyglądałby idealny świat. Nie mam pojęcia, ale internetowy świat Web 2.0 jest do niego podobny. Ludzie mogą być, kim tylko chcą, i powiedzieć to, czego w prawdziwym życiu nie mogą zrobić ani powiedzieć, mogą też kazać komuś spadać. Najpotężniejsza platforma kształtowania opinii, na której człowiek chce pisać, a już zwłaszcza na własnym pieprzonym blogu, bez obaw, że komuś aż świerzbi palec na klawiaturze, żeby wysyłać listy, nawet jeśli działalność, którą ta osoba przedstawia, akurat cholernie mi się nie podoba albo uważam ją za tandetne badziewie na poziomie Budapest TV. O Lifetiltrze i o mnie też pisano negatywnie. I to nie raz… Ale nigdy, choćby przez chwilę, nie pomyślałem, żeby schodzić do poziomu komentujących ani pisać e-maili i wymachiwać pięścią.
Brakowałoby tylko tego, żeby to, co piszę, przestało płynąć prosto z serca i duszy. Każdy mój wpis powstaje tak, że zapisuję to, co przychodzi mi do głowy, nie zastanawiam się nad tym ani nie sprawdzam, czy jest politycznie poprawne. Po prostu opisuję obraz, który widzę w głowie, i wyrażam to, co myślę o świecie i zachodzących w nim procesach. Pewnego dnia, nie pamiętam już dokładnie przy którym wpisie, zauważyłem, że wykreśliłem to, co napisałem, przemyślałem to na nowo, poprawiłem… i wtedy powiedziałem sobie: dość. Przecież nie mieszkamy w tej pieprzonej Kambodży, gdzie nie wiem, jakie panują warunki, ale na pewno nie ma brytyjskiej wolności słowa i wyrażania opinii.
Wszyscy nastraszyli ludzi do nieprzytomności Szalai Anną, że teraz przyjdzie Fidesz i wolność prasy będzie zagrożona. Niektórzy pognali aż do Strasburga, prosto pod drzwi Cohn-Bendita, a kilku już zaczęło się pakować do tej słynnej walizki na wypadek, gdyby w każdej chwili mogło się coś wydarzyć. No, cóż cholernie się pomylili. Przysłowiowe wilki rzeczywiście istnieją, ale szukali w złym miejscu, bo to nie rząd zagraża wszystkiemu, co nazywamy demokracją. Prawdziwe wilki bowiem żyją wśród nas. Wilki, które gdy ktoś naruszy ich interesy, wychodzą z ukrycia i z szybkością oraz skutecznością zawstydzającą metody komunistycznego aparatu przymusu ściągają wszystkich z tego słynnego cienkiego lodu. To śmieszne, a zarazem nieskończenie smutne. Dlatego boli mnie, że napisałem artykuł o BA, bo po tym wpisie blog nieodwracalnie się zmienił. Ja też pragnąłem uwagi, jak każdy bloger, ale nie takiej. Chciałem, żeby o blogu mówiono ze względu na treningi i zdrowy styl życia, a nie o to, czy na politechnikę czy do BGF-u chodzi więcej Julii Roberts.

Tęsknię za czasami, gdy blog miał zaledwie 600-800 czytelników. Wtedy nikomu nie przeszkadzało, o kim piszę, bo albo nie wiedzieli o blogu, albo jeśli jakoś trafili na Lifetilt, od razu przechodzili dalej, albo po prostu mieli to gdzieś, bo uznawali, że w sieci jest już wystarczająco dużo samozwańczych dupków.
Mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, gdybym mógł, nie napisałbym tego ponownie, bo Lifetilt i „kurwy w szkolnictwie wyższym” zostały na zawsze ze sobą skojarzone. Z drugiej strony blog zyskał dzięki temu uwagę, która sprawiła, że moje wpisy, powstałe z myślą o niesieniu pomocy i inspirowaniu, docierają do tłumów. Właśnie dlatego w ogóle warto prowadzić tego bloga. Już dawno temu, chyba we wpisie o Budapestaurant, napisałem, że trzeba by otworzyć miejsce, w którym można byłoby dostać wyłącznie zdrowe jedzenie. Takie, które nie zmieni się pod wpływem popularności, a pierwotna koncepcja nie zostanie wypaczona tylko po to, by dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców i przypodobać się im.
Myliłem się. Niestety, cholernie się myliłem, bo tym procesom nie da się zapobiec, gdyż są nieodłączną częścią rozwoju i zmienionego stanu rzeczy. Giró Szász András powiedział kiedyś o Jobbiku, jeszcze przed wyborami w 2010 roku, że czym innym jest pluć jadem na ulicy przed 3-4000 osób, a czym innym uprawiać politykę w parlamencie, w ramach prawnych ograniczeń. Pierwotna myśl zawsze jest instynktowna, prawdziwa. Potem idea, koncepcja tylko się degeneruje, a zasady ulegają wypaczeniu pod presją pieniędzy, władzy albo jakiejś siły wyższej. I tu już dawno nie chodzi o Jobbik, lecz o cokolwiek, za co zabieramy się w życiu. Relacjom o wielkich tragediach i sensacyjnych wydarzeniach zazwyczaj warto poświęcać uwagę tylko przez pierwszą godzinę, potem to już tylko pudrowanie całej sprawy. Pierwszy wielki sukces, pierwszy film, pierwszy album. Zespół Belga mógłby o tym opowiedzieć. Nigdy więcej nie wydadzą na Węgrzech tak wielkiego albumu jak Majd Megszokod… Przyszedł sukces, zamiast koncertów w piwnicach pojawiła się główna scena Szigetu i to pięknie przypieczętowało ich los. Drugi album, Jön a Gólem, okazał się jedynie słabą kopią poprzedniego.
Mam nadzieję, że wszyscy rozumieją, o czym mówię i do czego zmierzam. Niestety jest bardzo niewiele przykładów firm czy ruchów, które po przekroczeniu pewnego poziomu rozgłosu potrafiły pozostać wierne pierwotnej idei i kierunkowi, w którym kiedyś podążyły. Te kierunki i idee są dobre, bo z jakiegoś powodu musiały wyrosnąć spośród wielu chwastów. Być może przykładami są Facebook albo Critical Mass.
A Lifetilt niezależny blog i tak długo, jak to możliwe, pozostanie niezależny. Jego głównym tematem nadal będzie zdrowie i sport, uzupełnione albo wplecione w moje przemyślenia, opinie i historie... Zgłosiły się do mnie firmy produkujące suplementy diety z propozycją sponsorowania strony. W zamian poprosiły o serię artykułów o ich produktach i baner w widocznym miejscu na blogu. Naprawdę nie widzicie, że w tym blogu nie ma miejsca na takie płatne reklamowe gówno, od początku do końca ujęte w nawiasy? Oczywiście odmówiłem, tak samo jak będę odmawiać wszystkiemu, co będzie próbowało ingerować w życie i wygląd bloga. To mój blog i jeśli kiedyś zauważę, że nie mogę już pisać tak jak dotychczas, że kompromisów będzie zbyt wiele, własnoręcznie to wszystko spalę, nie zostawiając potomnym nawet pamiątki. Lifetilt to nowa inicjatywa, która jeśli jest dobra, prędzej czy później i tak przebije się na swoją drogę, a jeśli nie, znajdzie godne miejsce na cmentarzysku nieudanych pomysłów. Czas w każdym razie prędzej czy później przyniesie odpowiedzi.
