RunT!lt 20 lipca

Kilka dni temu byliśmy w Nike na spotkaniu w sprawie sponsoringu, podczas którego wyszły na jaw ciekawe informacje o liczbach, pieniądzach i ludziach, a także ogólnie o tym, że albo Class FM to medium o najniższej wartości reklamowej w kraju, albo rola Vadona Janiego i jego obecność w mediach są mocno przeceniane. Otóż chcieli promować 25. półmaraton Nike z panem Vadonem, a pomysł zakładał serię wspólnych biegów.
Nike nie owijała w bawełnę, więc od razu wpompowała w projekt parę milionów forintów, z czego najbardziej ucieszyło się wspomniane już Class FM, bo właśnie w tej stacji wydano te pieniądze na czas reklamowy. Swoją drogą, nie rozumiem, na jakiej podstawie i jakim cudem niektórzy ludzie mogą utrzymywać się w węgierskich mediach, skoro nie są ani zabawni, ani interesujący, a niekiedy są wręcz niesamowicie irytującymi dupkami. Pomyślcie tylko o Borossie Lajosie, Rákóczim Ferencu czy Farkasházym Tivadarze. Jestem przekonany, że przez ostatnie 25 lat tych trzech ludzi nie miało łącznie nawet trzech dobrych żartów, co jest tym bardziej przykre, że przecież na tym polega ich praca. Taki jest też ten dzieciak Vadon: nic z nim nie tak, po prostu jest nudny, ale zawsze jakoś kojarzy mi się z tym, że jest przydupasem Balázsa. Ale wróćmy do biegu Nike, bo to będzie pouczająca historyjka…

Przez kilka tygodni reklamowali wydarzenie w ogólnokrajowej stacji radiowej, dokładając do tego kilka milionów forintów, co, nie muszę chyba mówić, przyniosło efekty. Wydarzenie zakończyło się znakomitym wynikiem i jeszcze większym sukcesem. Wynik nie mógł być inny, bo mamy ogólnokrajowe radio i światową markę pokroju Nike. Jeśli miałbym zobrazować ten sukces liczbami, to na biegu Nike z Jánosem Vadonem pojawiło się, uwaga, 14 osób, czyli czternaście. Kiedy to usłyszałem, wyobraziłem sobie, że wśród tych 14 osób byli też organizatorzy i hostessy, i w tym momencie wybuchnąłem śmiechem w samym środku spotkania. No cóż, zaraz przypomniałem sobie, że skoro na profesjonalnie zorganizowanym przez Nike biegu pojawiło się 14 osób, mimo niemałej promocji, to na Runtilten naprawdę będę tylko ja i mój kumpel? Założyłem się z pewną dziewczyną, że na pewno nie będzie nas więcej niż 10, a ona stwierdziła, że na bank będzie nas 20, i zaproponowała zakład. „Jedną flaszkę!!!” rzuciłem od razu jako stawkę zakładu, tak na wszelki wypadek, a ostatecznie stanęło na jednej butelce alkoholu, więc jeśli będzie nas więcej niż 20, przegram Bacardí. Może i ja powinienem wpakować 5 baniek w reklamową dziurę zwaną Class FM, żeby na wyspę nie przyjechała żywa dusza i żebym wygrał flaszkę. Pytanie brzmi zatem: czy na Węgrzech jest 200.000+1 szabadszabadelvű… 14+1 czytelników LifeT!lt, którzy przyjdą 20 lipca, żebym mógł przebić bieg Jánosa z Danubius Class FM, na który wydano kilka milionów? Prawdopodobnie nie, więc przejdę do samego biegu.
Ostatnio często biegam z dziewczynami, którymi zajmuję się indywidualnie. Pierwszy trening muszą odbyć ze mną, między innymi po to, żebym uświadomił im, w jakiej są teraz kondycji. Dziewczyny mają bowiem skłonność do życia w świecie marzeń i myślenia, że po dwóch biegach z rzędu są już wytrenowane. To nie nowe zjawisko, bo takie urojenia towarzyszą też kobietom na co dzień. To system samooszukiwania się, który z powodzeniem stosują wobec siebie również w każdej innej dziedzinie życia. Najczęściej ten odruch pojawia się w kwestii bycia w związku i w myśleniu „jestem zadowolona ze swojego życia”, ale, jak zauważyłem, zjawisko robienia sobie wody z mózgu dotyczy też ich poziomu wytrenowania. Była dziewczyna, która trenowała piłkę ręczną na poziomie zawodniczym, poprosiła o pomoc w przygotowaniach, a potem podczas biegu chciała mi pokazać, na co ją stać. Przebiegła pierwsze 2 km na luzie, a kiedy powiedziałem: „Od teraz biegniesz ze mną”, po 500 metrach dziewczyna prawie wpadła do Dunaju, bo nie mogła złapać tchu. Była też taka, która zapytała, dlaczego chcę z nią przebiec tylko 5 km, skoro ona zwykle biega po osiem, a potem w połowie musieliśmy przerwać trening, bo od wysiłku tak pulsowała jej głowa. A moimi osobistymi faworytkami są dziewczyny, które piszą bloga o treningach ladycamp . Publikują 3-4 razy w tygodniu swoje biegi na 7, 8 czy 10 km, a na dodatek przygotowują się do półmaratonów. Nie żartuję i nie przesadzam. Jedna dziewczyna poddała się po półtora !!!! kilometra, druga wytrzymała o 1 km dłużej. Ladycamp, kurwa, a wszystko to po tym, jak jedna z dziewczyn wcześniej potrafiła dogadywać mi i moim treningom… Mówię: „No to chodź, gwiazdeczko, przebiegnijmy się”. Po naszym treningu pojawił się następujący wpis:
„Jestem gruba i już, wiem o tym, potwierdziło się. Bence jest w znacznie lepszej formie niż ja, więc wyrazy szacunku dla niego i przeprosiny za moje czepialstwo. Nigdy nie byłabym w stanie tak pilnować, co, kiedy i ile jem ani ile ćwiczę, i nawet bym nie chciała. A tak w ogóle, jeszcze raz dzięki za zachętę. Wiem, że i tak niezbyt wysoka renoma, jaką mam w twoich oczach, spadła do poziomu dna.”
Można mówić wszystko. Można też do pewnego stopnia obiecywać, a nawet samego siebie łudzić, ale gdybyś choć raz sprawdził, na co cię naprawdę stać albo na ile istnieje ten świat, który zbudowałeś wokół siebie, to myślę, że sporo osób srogo by się tu rozczarowało. W treningach fantastyczne jest to, że nie da się zamarketingować problemu: nie ma argumentów ani systemów ideowych opartych na fikcji, jest tylko droga, twoje ciało i ty sam. Ruszasz i idziesz. Osiągasz tyle, ile dasz radę dzięki sile mięśni i woli. Jeśli zatrzymasz się przed celem, to właśnie na tyle cię stać, i nie ma żadnych wymówek, że jest gorąco, że warunki, że dużo roboty, że kłuje w boku i tak dalej. Zatrzymałeś się, przegrałeś. Pewna 16-letnia dziewczyna chora na raka przebiegła kiedyś 42 kilometry maratonu w Nowym Jorku, bo tego chciała i w ten sposób wyrażała swoją walkę z chorobą. Co prawda na ostatnich kilometrach wspierali ją już rodzice, ale dokonała tego i nie szukała wymówek, a mowa nie o pieprzonych 5 kilometrach, tylko o 42, i to w śmiertelnej chorobie. Uważasz się za wysportowanego i myślisz, że jesteś dobry? Chodź, przebiegnij się ze mną, a potem zobaczymy, jak bardzo będziesz się popisywać na mecie.

Skoro odebrałem już wszystkim ochotę na środowe bieganie, przejdźmy do samego wydarzenia. Jedno okrążenie ma 5350 metrów, jeśli mam to bardzo krótko podsumować, ale będzie chodziło o coś więcej. Projekt Nike Running nie odnosi sukcesu, bo Nike nie wkłada w to, co robi, tego, co najważniejsze. Nie robią tego z serca, tylko za pieniądze zbudowali twierdzę PR-ową, za którą nie stoi żadna społeczna organizacja ani sympatia. LifeT!lt zbudowano od zera i poza kosztem przebudowy bloga, wynoszącym 25 000 forintów (+ VAT, rzecz jasna), nie ma w nim ani jednej forinty. Mimo to blogowi udało się odnieść sukces, bo stoi za nim coś więcej, czego nie da się kupić za pieniądze.
Nie chodzi tylko o to, że spotkamy się przy fontannie, zaczniemy biegać, potem kto dobiegnie do mety, ten dobiegnie, a my pójdziemy do domu zajadać się boczkiem. Będą grupy dopasowane do poziomu wytrenowania, dzięki czemu, pomagając sobie nawzajem, każdy będzie mógł przebiec tyle, ile da radę, i w takim tempie, jakie mu odpowiada. Grupy będą działać także jako zespoły, czyli biegniemy razem i nie możecie się od siebie oddalać. Ktoś może się zatrzymać, ale dystans musi pokonać, choćby idąc do mety. Start i meta będą przy fontannie obok mostu Małgorzaty. Po biegu zaczniemy sobie trochę pogawędzić, więc jeśli ktoś może, niech przyniesie grill i węgiel drzewny.

