Slim3 Ádi 30. dzień - 8.6 kg



Ádi
Idzie ku lepszemu. To słowo przyszło mi do głowy, kiedy oglądałem najnowsze zdjęcia. Wciąż daleko mi do celu, ale czuję, że coś zaczyna się ruszać. Zdecydowanie bardziej optymistycznie patrzę na sprawy niż w relacji po 15 dniach (do tej pory był to bezsprzecznie najgorszy moment programu). Coraz bardziej niesie mnie rozpęd. Oczywiście nie mówię, że czasem nie ogarniają mnie wątpliwości, ale wtedy zazwyczaj po prostu biorę się w garść i bez słowa robię swoje.
Treningi i jedzenie stały się zupełnie naturalną częścią mojego życia. Nie mówię, że czasem nie napiłbym się piwa albo wina czy nie zjadł czegoś tłustszego, ale tak naprawdę zawsze dochodzę do wniosku, że nic z tego nie jest warte tego, żeby przez to spieprzyć dotychczasową pracę, więc nie płaczę z tego powodu. Tylko wieczorami. Kiedy nikt nie patrzy. Wtedy, z hamburgerem popijanym dobrym piwem w myślach, ocieram łzy wielkości pięści. Teraz oczywiście żartuję. Tego burgera popijam winem. A tak na poważnie, to naprawdę nie jest źle. Sałatka z tuńczykiem na pewno zostanie w moim jadłospisie również po zakończeniu programu.
W poście z 0. dnia wspominałem już o mojej „zażyłej” relacji ze schodami. Od tamtej pory nastąpił nieoczekiwany zwrot, bo zaczynamy się całkiem lubić. Dzięki (oczywiście poza Tomim) Belovaiowi Kristóflowi wspiąłem się po tylu schodach i w taki sposób, jakiego wcześniej trudno byłoby mi sobie wyobrazić. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem schody Kőműves, poczułem się trochę jak w Kill Bill 2, ale ostatnio powiedziałbym, że te treningi należą do najprzyjemniejszych w moim tygodniowym planie.
Nawet po 30 dniach nie mogę powiedzieć nic innego niż 15 dni temu. Nadal robię to, co muszę, i z ciekawością czekam na koniec programu. Mam nadzieję, że uda mi się zbliżyć do wyznaczonego celu (a może nawet go osiągnąć). Chodzi o to, żeby patrząc w lustro, nie widzieć ciała, na widok którego najchętniej bym się porządnie porzygał.
Spotkamy się w tym samym miejscu za nieco ponad 2 tygodnie.
