Witamy w Budapeszcie

Welcome to Budapest

Nie ma co ukrywać, przywiozłam z Barcelony parę tysięcy kalorii, co doskonale potwierdza fakt, który opisałam we wpisie  masz jeszcze 20 dni z 20 kwietnia, czyli że lato nie nadaje się do realizowania jakiegokolwiek poważnego programu zmiany stylu życia. Każdy haruje jak wół  i nie sądzę, żebyśmy  podczas tych 2-3 tygodni wakacji naprawdę mieli wymagać od siebie, żeby porcjować kurczaka i biegać po plaży.  Po pierwsze, to się nie uda, po drugie, jest to zupełnie niepotrzebne, bo nie chodzi o to, żeby dopiero na 3 minuty przed odprawą zorientować się: „Kurwa, ale wyglądam jak jakiś zasrany mors”. No właśnie, wtedy przypomną się czekoladki na pocieszenie wpychane do gęby i wieczorne zamawianie żarcia. Latem trudno nawet utrzymać wagę, a co dopiero mówić o tym, że na lato trzeba już być gotowym, a nie dopiero wtedy zaczynać. Możesz chcieć wyrobić sobie kaloryfer i zgrabne mięśnie w tydzień, ale jeśli masz na sobie 5 centymetrów warstwy tłuszczu, której spalenie zajmie miesiące, nic z tego. Możesz katować brzuch 4 milionami brzuszków dziennie przed wyjazdem, ale i tak tego nie będzie widać. To tak, jakbym chciała pokazywać, jakiego mam wielkiego fiuta, spod kołdry...

Opowiem o tym na własnym przykładzie: beznadziejna sprawa z odchudzaniem latem. Zaczęłam drugą ścisłą dietę 3 czerwca, niejako przed oficjalnym startem, który miał przecież nastąpić 13 czerwca, ale jak wiecie, zamiast tego pojechałam walić konia na Półwysep Iberyjski. Jest takie powiedzenie, że co dzieje się w Vegas, zostaje w Vegas. Cóż, w Barcelonie też kierowałam się tą filozofią. Nie ma co upiększać: 8 dni po rozpoczęciu programu wciągnęłam w ciągu 3 dni co najmniej 13 tysięcy kalorii i cholernie dobrze mi to zrobiło. Rozkosznie pławiłam się w tym stanie, a o nieustannym piciu jeszcze nawet nie wspomniałam. Byłam na wakacjach i miałam to gdzieś. Nie twierdzę, że jestem wzorem do naśladowania, ale jestem pewna, że mam silniejszą wolę niż 98% czytelników bloga, niezależnie od tego, czy mówimy o diecie, czy o treningach. Skoro ja się wykoleiłam, to wy nie macie szans przestrzegać wszystkiego, ale mówię, nikt tego od nikogo nie oczekuje.

W Rzymie już odpuściłem, ale i tak poszły tam dwie pizze. Tę część wpisu piszę w samolocie i teraz, kurwa, strasznie nim trzęsie, porządnie się cykam, ale kiedy wyląduję na Ferihegy (Liszt Ferenc), znowu będę przestrzegał diety i robił 6 treningów tygodniowo, bez żadnego problemu. Obawiam się, że nie każdy potrafi tak do tego podejść, a u większości po wakacjach ociekających kaloriami nastąpi równie zapchany gównem codzienny żywot w Budapeszcie, co raczej nie prowadzi do celu, zwłaszcza jeśli ktoś szykuje się do pierwszej dużej imprezy w życiu.

Dostaję też mnóstwo wiadomości, że oni też chcieliby zacząć swój program, żebym tylko ułożył im plan treningowy i dietę na najbliższe 8-10 tygodni, ale tak, żeby w międzyczasie pojechali na 2 tygodnie do Turcji, Włoch i cholera wie gdzie jeszcze, odwiedzić krewnych w Ameryce, żebyśmy uwzględnili te parę dni, no i jeszcze jakiś festiwal… No jasne, uwzględnimy, oczywiście. Jak wspominałem, nie ma sensu zaczynać przed wrześniem. Nawet bez lata ta dieta i trening są wystarczająco trudne, a co dopiero, gdy mamy mnóstwo planów, podczas których ostatnią rzeczą, o jakiej chcemy myśleć, jest życie według zasad i dyscyplina. Na festiwalu albo podczas wakacji za granicą niech każdy się upije do nieprzytomności, a jak zgłodnieje, niech zje to, na co ma największą ochotę. No, kurwa, jeszcze by tego brakowało, żebym przed imprezą Alexa Gaudino musiał jeść jabłko z dmuchaną pszenicą i popijać wieczór wodą niegazowaną. Na takie męczarnie jest jesień, zima i wiosna. Oczywiście ten styl życia będzie miał swoje konsekwencje, oj, i to jakie, ale jednak różnica jest taka, czy zaczynasz lato, ważąc 52 kilo, i dobijasz do 58 pod jego koniec, czy już na starcie jesteś ulanym klocem ważącym 65 kilo i we wrześniu dobijasz do 77 kilo. 

Kilka słów o podróży, krótko i w formie komunikatu do wiadomości publicznej. Kiedy napisałem, że ta podróż jest mi, kurwa, cholernie potrzebna, bo od tego, żebym pozabijał wszystkich wokół siebie, dzielą mnie tylko minuty, to naprawdę miało to poważne podstawy. Dzięki tej podróży doskonale się ogarnąłem i znów musiałem sobie uświadomić kilka rzeczy, które odkryłem już w domu i o których zdążyłem wspomnieć, ale te przemyślenia 3.000 kilometrów od Budapesztu nabrały zupełnie nowego znaczenia. Doświadczenie uczucia wolności to jedna z najzajebistszych rzeczy na tym świecie. Zostawić tu wszystko i wszystkich, wyłączyć telefon (zostawiłem ładowarkę), olać maile, pojechać do obcego miasta, gdzie nikt cię nie zna, nikt nie wie i, oczywiście, nikogo nie obchodzi, kim jesteś, i gdzie możesz być, kim chcesz, nikomu nie musisz się z niczego tłumaczyć.

Spacerując po La Rambla, zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy, które chciałbym teraz tutaj opisać. To będzie trochę trudne, ale słuchajcie uważnie i spróbujcie zrozumieć, co chcę powiedzieć. Każdy ma swoje życie, które symbolizować będzie teraz plecak. Plecak, który dźwigamy przez całe życie i do którego wkładamy ludzi, z którymi wchodzimy w relacje. Zacznijcie od dalszych znajomych, znajomych znajomych i współpracowników. Potem dodajcie tych, którym powierzacie najpilniej strzeżone sekrety. Krewnych, ciocie, wujków, potem rodzeństwo, rodziców, a na koniec mężów, żony, chłopaków i dziewczyny. Włóżcie ich do plecaka, a następnie  załóżcie go i poczujcie jego ciężar. Poczujcie jego ciężar i ruszajcie w drogę. Ciężki ten plecak, prawda? Dokładnie to robimy na co dzień. Zdajecie sobie z tego sprawę i stajecie z tym twarzą w twarz dopiero wtedy, gdy wyrwiecie się ze środowiska, w którym obecnie żyjecie. Przykuwamy się do siebie i dźwigamy na barkach ciężar ludzi, przez których nie potrafimy iść naprzód. Nie ma co ukrywać, relacje międzyludzkie są najtrudniejszym elementem naszego życia. Czujecie, że paski wrzynają wam się w ramiona? Przez te wszystkie kłótnie, sprzeczki, sekrety, kompromisy i przymusy…  Nie musicie dźwigać ich ciężaru. Dlaczego nie odłożycie plecaka i nie pójdziecie dalej? Niektóre zwierzęta noszą się nawzajem i żyją w symbiozie, polegając na sobie przez całe życie. Przeklęci kochankowie i monogamiczne łabędzie. Tyle że my jesteśmy zupełnie inni. Jeśli poruszamy się powoli, szybko umieramy, bo nie jesteśmy łabędziami. Jesteśmy rekinami, bezwzględnymi drapieżnikami i nie ma co tego upiększać. Dźwigając ogromne ciężary, możesz dotrzeć do podnóża góry, ale na pewno nie zdołasz się na nią wspiąć. To, jak wiele chcesz osiągnąć w życiu, zależy wyłącznie od ciebie. Zrzucisz z ramion ciężar innych ludzi i wspniesz się na górę czy zostaniesz u jej podnóża i będziesz sobie urządzać pikniki przez całe życie? Wiesz, im wyżej nad strumieniem górskim pijesz, tym mniejsze  ryzyko, że ktoś powyżej nasikał do wody. Każdy może interpretować te przemyślenia, jak chce, i włączyć je do swojego własnego świata w sposób, który uzna za najkorzystniejszy, tak jak do tej pory robił ze wszystkim. Człowiek jest istotą społeczną, ale jakość jego towarzyszy może się ogromnie różnić.

Mam tu jeszcze kilka uwag, które chciałbym napisać, zanim okrutnie opieprzę Petrę za to, że wciąż dłubie przy ostatnich zdjęciach. Zachodnioeuropejskie miasta zostały bowiem zalane przez szczury, których nazywam po prostu Pakistańczykami i najbardziej zdegenerowanymi azjatyckimi imigrantami. Te brudne pasożyty duszą miasto i kręcą się wokół centrów turystycznych, ale niestety nie tylko tam. W Barcelonie wygląda to tak, że jeśli położysz się na plaży, co 2-3 minuty podchodzi jakaś azjatycka kurwa, która chce cię wymasować za 5 euro. Oczywiście nie chodzi tu o masaż, tylko o to, żeby z bliska zobaczyć, co masz przy sobie. Nie warto też zasypiać na plaży, bo jeśli zaśniesz, od razu ukradną to, co leży obok ciebie. Na plaży są nie tylko Azjaci, ale też wspomniani Pakistańczycy, którzy sprzedają piwo, kapelusze, tatuaże, kokosy, chusty, okulary przeciwsłoneczne i całe to gówno. Oczywiście to przykrywka, bo tak naprawdę każdy z nich chce ci sprzedać narkotyki. Haszysz, kokainę, heroinę, marihuanę, ale moim zdaniem jeśli powiesz im, że potrzebujesz krwi, zapytają, jaką masz grupę. Najlepsze jest to, kiedy nadjeżdża patrol policji, bo dość komicznie wygląda, jak plaża nagle ożywa i cały ten śmieć zaczyna uciekać naraz. W mieście wcale nie jest lepiej, zwłaszcza wieczorem, bo tam też są ci sami ludzie. Potrafi to być dość irytujące, kiedy w ciągu minuty dwa razy pytają: „senor koldbier, cocain, girls, hotel or enitingelsz?” W Rzymie jest tak samo, tylko przez większą obecność policji spędzają więcej czasu, ukrywając się w kanałach.

Na razie tyle, a potem wznowimy 6 lipca, kiedy pochłonie nas Zamárdi na 4 dni. Do tego czasu Petra na zakończenie, Dani już nie pamiętam który dzień z rzędu, podstawy budowania masy, a teraz już naprawdę powoli zabieram się za wpis o treningu w domu… Chyba pójdę teraz do dermatologa, bo udało mi się spędzić cały dzień na plaży, nie używając kremu z filtrem…


Wstecz: Blog